O Mosiężnym Moście i glutowatym obiadku, czyli krótko i o niczym
Carr ziewnęła i zajrzała do pustej już puszki z kawą. Pracowała stanowczo zbyt długo, postanowiła więc nie iść na dzisiejsze wykłady i odpocząć po nocy spędzonej przy komputerze. Jednak szybko doszła do wniosku, że najlepszą formą wypoczynku będzie spędzenie dnia przy komputerze. W stosunkowo krótkim czasie wypełniła resztę zleceń i zadzwoniła do Amelii, by spytać o jej postępy w pracy.
Potem zadzwoniła jeszcze trzy razy, a stwierdziwszy, że przyjaciółka na pewno nie odbierze, przywłaszczyła sobie część jej pracy – wcześniej obiecując sobie, że pójdzie do psychologa, żeby wyleczył ją z uzależnienia od komputera. Kiedyś.
Po paru godzinach ocknęła się z głową na klawiaturze. Musiała przysnąć w trakcie pracy.
Spojrzała tępo na monitor. Królik z „Alicji w Krainie Czarów” przebył całą szerokość ekranu, tańcząc ognistego kankana. Po chwili zastąpił go stepujący Królik Bugs, następny zaś był Królik ze Stumilowego Lasu wirujący w czardaszu w ramionach Tygryska, który brykał w rytm nieistniejącej muzyki. Corinne uśmiechnęła się blado i poruszyła myszką. Wygaszacz ekranu został zastąpiony przez nudny, niebieski pulpit z mnóstwem ikon. Dziewczyna odruchowo sprawdziła skrzynkę pocztową. Większość nowych wiadomości stanowiły po prostu śmieci, głównie łańcuszki szczęścia i reklamy środków zwiększających libido po czterdziestce. Ale gdzieś między tym wszystkim była wiadomość od Amelii; nim Corinne ją otworzyła, starannie odesłała w niebyt resztę nowych e-maili.
Czarna Królowa prosiła ją o spotkanie na Mosiężnym Moście, co było bardzo dziwne, bo wszystkie sprawy załatwiały we włoskiej kawiarni. Z drugiej strony, autorem wiadomości na pewno była Trino, ponieważ tylko ona wiedziała, który most był dla Corinne Mosiężnym.
Przeczytała wiadomość jeszcze raz. Wyznaczona pora miała nastąpić za prawie półtorej godziny, a żeby dotrzeć na miejsce spotkania, wystarczyło dwadzieścia minut marszu – miała jeszcze dużo czasu.
- Aaaargh, spóźnię się! – wrzasnęła, spoglądając na zegarek.
Błyskawicznie włożyła buty, chwyciła w biegu kurtkę i klucze, po czym wybiegła z mieszkania, nawet porządnie go nie zamykając.
Kiedy od celu dzieliło ją tylko kilkadziesiąt metrów, zauważyła stojącą na moście postać. Postać zdecydowanie kobiecą – jak dotąd w porządku; Trino najwyraźniej uznała, że ich spotkanie nie skończy się przed zamknięciem kafejki, więc wybrała inne miejsce.
Tylko że – Carr uświadomiła to sobie dopiero wtedy, kiedy przystanęła obok kobiety – ta postać nie była Trino.
Trochę później, w prawdziwym świecie, Trino obudziła się i otworzyła ostrożnie bolące oczy. Światło bijące od zawieszonej nad nią lampy w pierwszej chwili ją oślepiło, ale po paru sekundach wzrok zdążył się przystosować. Kiedy upewniła się, że to, co widzi, naprawdę istnieje, doszła do wniosku, że lepiej było nie otwierać oczu. Dziesiątki szpikulców wbitych w czyjeś ciało to niezbyt przyjemny widok – zwłaszcza, jeśli to ciało należy do patrzącego. Trino przełknęła ślinę i postanowiła sprawdzić, czy potrafi wydać z siebie jakieś sensowne dźwięki. Tylko co miała powiedzieć? Już się obudziłam? Gdzie ja jestem? W końcu zdecydowała się na wołanie o ratunek.
- Kawyyyyyy – jęknęła żałośnie. – Sypanej, bez zanieczyszczeń – dodała na wypadek, gdyby ktoś spróbował zaserwować jej coś innego. Nie, żeby takie cappuccino było czymś złym – jako mleko do płatków nadawało się znakomicie.
- Słyszałeś, Dźwig? Kubek czarnej śmierci dla pani – powiedział jakiś kobiecy głos, który przywodził na myśl słowa „Witaj w prawdziwym świecie”.
- Obawiam się, że to niemożliwe – stwierdził Morfeusz, który w międzyczasie stanął przy łóżku, na którym leżała Amelia. – Poza tym, radzę ci się przespać, póki jeszcze masz czas... i względny spokój ducha.
- Ale... – Czarna Królowa próbowała protestować.
- Żadnych „ale”. Niedługo wszystkiego się dowiesz.
- Ale...
- Nie będzie kawy.
Po jakimś czasie – będąc w półśnie – usłyszała jakieś dziwne hałasy, a potem kobiecy głos znów powiedział: „Witaj w prawdziwym świecie”.
Eeee, to nie do ciebie, śpij – powiedziała jakaś część jej mózgu.
Więc zasnęła.
Amelia Hornby nie była przyzwyczajona do momentów, w których budziła się w innym miejscu niż to, w którym zasypiała – a już tym bardziej w innej odzieży. Ku jej niezadowoleniu, taki moment właśnie nastąpił. Prycza była twarda jak granitowy nagrobek, pościel drapiąca, szorstka i barwy ubłoconego szopa, a ubranie... cóż, ubranie było, i to zdecydowanie na niej, co było niewątpliwie plusem zaistniałej sytuacji. Minus stanowił pewien krępujący fakt, który uzmysłowiła sobie dopiero teraz – skoro widoczną zmianą było pojawienie się ubrania...
Khem...
W każdym razie, szpikulce zniknęły. To było najważniejsze.
Skrzyp otwieranych drzwi wyrwał ją z zakłopotania, co z radością przyjęła ta część jej natury, która zachowała jeszcze resztki skromności. Do pomieszczenia wszedł Sparks niosący tacę, na której stała miska.
- No, wreszcie się ocknęłaś – zagadnął ją wesoło. – Choć nie wiem, czy to był dobry pomysł, biorąc pod uwagę jakość tutejszej kuchni i wycisk, jaki cię dziś czeka. Wsuwaj te gluty, Morfeusz na ciebie czeka.
Trino zerknęła podejrzliwie na szarawą papkę, która prawdopodobnie miała jej posłużyć za obiad. Wyglądała trochę jak owsianka, którą przez lata serwował jej ta... no, człowiek, który podawał się za jej ojca. Nabrała trochę substancji na łyżkę i ostrożnie spróbowała.
- Jadło się gorsze rzeczy – uznała. – Zupki z torebek. Makaron z sosem „w trzy minuty”. McNuggets ze ścięgnami do smaku.
Czarna Królowa otworzyła oczy i zobaczyła... nic. Nic było białe i wyglądało trochę jak ściany pokoju, które łączyły się w jedną wielką ścianę, będąc jednocześnie podłogą i sufitem.
- A to cudo nazywamy Konspektem – oznajmił głos stojącego za nią Morfeusza. Trino odwróciła się i zmierzyła mężczyznę uważnym spojrzeniem. Miał na sobie czarny skórzany płaszcz, ten sam, w którym widziała go w piwnicy Jacka. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że przecież przed chwilą, na Hermesie (tak wszyscy nazywali to dziwne miejsce, do którego ją sprowadzili) był ubrany zupełnie inaczej.
- Będę zgadywać. To miejsce nie istnieje naprawdę, mam rację? – spytała. – To sztuczna pusta przestrzeń, czekająca na wypełnienie.
- Mów dalej – Morfeusz uśmiechnął się tajemniczo.
- To rzeczywistość wirtualna, jakiś program komputerowy, a igła, którą Niobe włożyła mi w ten dziwny otwór w czaszce, spełnia rolę hełmu... Tu nasuwa mi się pytanie: skąd mam te otwory? – podwinęła rękaw swetra (który, jak zauważyła już bez zdziwienia, wyglądał inaczej niż ten, który miała na sobie jeszcze przed paroma minutami), by zademonstrować jeden z wyżej wspomnianych otworów.
- Spójrz na swoją rękę – polecił jej Morfeusz.
- Eeeerk... - Otworów nie było. - Więc wyglądam tu tak samo jak przed wyzwoleniem?
- No... nie da się ukryć, masz włosy.
Czarna Królowa zignorowała tę uwagę, choć było to dla niej trudne.
- Dobra, nie zmieniaj tematu. Skąd mam te... gniazdka?
- Można rzec, że miałaś je od zawsze.
- Jak to? Przecież...
Myślałem, że Jack częściowo cię uświadomił. Jaskinia Platona i tak dalej?
Dziewczyna zmarszczyła brwi.
- Jaskinia Platona... - mruknęła. - Jack mówił, że matrix to iluzoryczny świat, w którym żyjemy... Kapsuła, w której byłam, znowu ta szpila w głowie... takie same mieliście wy, kiedy się podłączaliście. W tym wszystkim chodzi o mózg, prawda?
- Idziesz w dobrą stronę - pochwalił Morfeusz. - Ale żeby wszystko było jasne, najlepiej będzie zacząć od początku.
Pozdrawiam
Trino
co-jest-prawda 2006-08-22 12:24:46 skomentuj (4)
O różowej substancji, karcerze i "powrocie do Źródła"...
Żeby później nie było nieporozumień: zmieniam czas akcji. Jack w poprzedniej mówi teraz o tym "co za jakieś pięć lat wydarzy się w Polsce", czyli akcja przeskakuje do roku 2000. Dlaczego Jack wie o Kaczorach? Tego dowiecie się w tej notce...
...którą sponsoruje trzecia zasada dynamiki, zwana także zasadą akcji i reakcji:
Jeżeli ciało A działa na ciało B pewną siłą, to ciało B działa na ciało A siłą równą co do wartości, lecz przeciwnie zwróconą.
Ufff, przeszliśmy pierwsze trzy. Dalej będzie już z górki;-)
Co do tej notki - nie jestem z niej zadowolona (dziwne, nie?). Ale chcę jak najszybciej z nią skończyć, bo po jej napisaniu zrobiłam się taka smutna... Dobra, przestaję ględzić i wklejam:
Amelia otworzyła oczy i ze zdumieniem spostrzegła, że znajduje się w jakiejś dziwnej kapsule wypełnionej galaretowatą, różową substancją. Czym prędzej usiadła, wystawiając głowę na zewnątrz, po czym wyrwała z ust rurę doprowadzającą tlen. Jak się okazało, rurki i kable przyczepione były także do innych części ciała, zaś największy przewód kończył się w tyle głowy. Trino popatrzyła przez chwilę na swoje nagie, obwieszone tymi dziwnymi ustrojstwami ciało, po czym zerwała się na równe nogi.
- Różowy, bleeee – mruknęła, strzepując z siebie galaretowatą substancję.
* * *
- Wcale mi się to nie podobaaaa! – wrzasnęła, z zawrotną prędkością podążając ku swojemu przeznaczeniu. Maszyna, która uwolniła ją od kabli, była zbyt brutalna, galaretowata substancja niestety nie okazała się kisielem malinowym, a rura, która aktualnie pełniła podobną rolę co zjeżdżalnie w Aquaparku, była niewygodna i niesamowicie brudna. Nie, to nie były komfortowe warunki. Amelia właśnie obiecywała sobie wnieść skargę do Sanepidu, kiedy tylko ta heca z wyzwalaniem się skończy... tymczasem to rura się skończyła, a Trino poszybowała przez chwilę w powietrzu, po czym łagodnym łukiem skierowała się w dół, by z cichym pluskiem i głośnym wrzaskiem wylądować w hektolitrach ścieków.
* * *
- Witaj w prawdziwym świecie – szepnęła jakaś kobieta, otulając kocem kaszlącą i przemarzniętą Czarną Królową. – Teraz powinnaś odpocząć, niedługo wszystkiego się dowiesz.
- Nie... ja... Jack... co z nim... ja muszę... – Trino starała się utrzymać na nogach i jednocześnie oddychać, co w tym momencie było nie lada wyzwaniem.
Nagle tuż przed nią wyrósł jakiś młody mężczyzna, łagodnie wziął ją za rękę i nie zważając na protesty kobiety ani jakiegoś faceta - który chyba był Morfeuszem, ale tego, z jakiegoś dziwnego powodu piekielnie zmęczone, oczy dziewczyny wcale nie były pewne – pomógł jej podkuśtykać do miejsca wyglądającego na centrum dowodzenia. Jacyś nieznani jej ludzie wpatrywali się z przejęciem w jeden z wiszących przed nimi ekranów. Na jej widok rozstąpili się szybko i usadzili ją w fotelu, ignorując duet tamtych dwojga, krzyczących coś o „szoku”, „zaniku mięśni” i „karcerze”.
- Morf, Niobe, bądźcie ludźmi – powiedział w końcu ten, który przyprowadził Czarną Królową. – Ma prawo to widzieć, w końcu Jack był jej... to znaczy, jest...
- Sparks, to bardzo piękne i szlachetne, co mówisz, ale ona właśnie przeżyła szok, a z kolejnym może poradzić sobie nieco gorzej – odparła kobieta nazwana Niobe. Wcześniej obolałe organy patrzące pozwoliły Amelii jedynie na stwierdzenie faktu, że jest ona czarnoskóra. Teraz jednak, po gwałtownym zamruganiu, była w stanie dostrzec parę szczegółów, jak chociażby niski wzrost i duże, piwne oczy, a z drugiej strony – ogromną siłę i zdecydowanie bijące z całej jej postaci.
- Poza tym, czy myślisz, że będzie w stanie prawidłowo odczytać obraz? Bez szkolenia? – Morfeusz, bo to faktycznie był on, wziął się pod boki.
Sparks przysunął bliżej monitora fotel, na którym siedziała Czarna Królowa.
- Dobra, Trin. Skup się. Ta kropka – stuknął palcem w jeden z zielonych znaczków błądzących na czarnym tle ekranu – to jest Jack.
- Yyy? – Amelia zrobiła minę świadczącą o kompletnym braku zrozumienia, co jednak nie zniechęciło Sparksa.
- Ten kwadracik to fotel...
Niby jak? – Pomyślała Czarna Królowa.
-... tamto to kanapa...
Myślałam, że kanapa to kilkuosobowe siedzisko, a nie...
- ...a te cztery małe, chińskie znaczki...
Nagle Trino zrozumiała.
- ...to federalni.
- Skąd wiesz? – Zdziwiła się Niobe.
- Ona to widzi! – wrzasnął jakiś wysoki chudzielec stojący za Morfeuszem.
- O, kurczaku na parze gotowany... – szepnęła dziewczyna, dochodząc do wniosku, że wolałaby jednak nie widzieć.
* * *
- Jakiś ty szlachetny i bohaterski – szydził jeden z agentów, podchodząc do siedzącego pod ścianą Jacka, który był tak blady, jakby wykaszlał już całą krew, która kiedykolwiek krążyła w jego żyłach. – Wiesz co? Oszczędzę ci katuszy. Można powiedzieć, że kieruje mną sentyment do mojego... gatunku.
Pogmerał przez chwilę w kieszeni marynarki, po czym wyciągnął z niej rewolwer.
- Może i nie znam tego waszego kung-fu, ale to nie znaczy, że nie potrafię się bronić – odwarknął okulista, po czym i on wyjął broń, błyskawicznie naciskając spust. Jednak agent zdołał się uchylić. Dopiero kiedy Jack zużył cały magazynek i ponownie zakaszlał, zostawiając kolejną krwawą plamę na podłodze, odrzekł:
- Jaka szkoda. Nie trafiłeś.
* * *
Tymczasem Trino starała się nie wybuchnąć z bezsilnej wściekłości. Zmęczenie wywołane „szokiem” i potworny ból wszystkich mięśni minęły, gdyż mózg dziewczyny nie zwracał już uwagi na takie błahostki – teraz ważniejszy był Jack.
- Musimy coś zrobić! – wrzeszczała na Morfeusza, który przez cały czas zachowywał stoicki spokój, co gniewało ją jeszcze bardziej.
- Nie zdążymy.
- Jeśli będziemy siedzieć tu na tyłkach, to faktycznie nie zdążymy! Więc ruszmy się i pomóżmy mu!
- Nie mogę wystawiać moich ludzi na pewną śmierć z rąk agentów.
- W takim razie pójdę sama!
- Nie dasz rady, jesteś przeszkolona. Poza tym...
- Trin, to już nie ma sensu. Za późno – szepnął Sparks, wskazując zielone cyferki, które przepływały teraz przez ekran ze zdwojoną prędkością.
- O, mój Boże... – jęknęła Amelia, uświadamiając sobie, że słowa przedmówcy były najprawdziwszą prawdą.
- Ona nie powinna tego oglądać – oznajmiła Niobe, próbując podnieść Czarną Królową z fotela.
- Daj spokój – Morfeusz położył jej rękę na ramieniu. – Byli przyjaciółmi. Ma prawo.
- Ale...
- Zostaw ją. To rozkaz.
* * *
- Kiedyś to ty zajmiesz moje miejsce – powiedział dumnie Jack, patrząc na lufę wycelowaną w jego pierś.
- Wiem o tym, panie Corner. Prędzej czy później, spotyka to każdego z nas. Ludzie mówią o tym „śmierć”, prawda? Ja wolę określenie „powrót do Źródła”.
- Wiesz co? Zanim powrócę do tego twojego „Źródła”, dam ci dobrą radę. Jak mężczyzna mężczyźnie, jak... okulista federalnemu.
- Widzę, że nie lubi pan słowa, które nas określa, panie Corner.
- Nieważne.
- Niech będzie. Co to za rada?
- Nigdy, przenigdy się nie zakochuj. Bo skończysz tak jak ja. Tak jak jakiś... człowiek.
Agent uśmiechnął się pod nosem i pociągnął za spust.
- Żegnam, panie Corner – mruknął, patrząc z góry na martwe ciało Jacka. – A może raczej: do zobaczenia.
* * *
Morfeusz, Niobe, Sparks i grupka nieznajomych skulili się w oczekiwaniu na kolejny wrzask. Tymczasem Amelia wciąż siedziała nieruchomo w fotelu, tępo wpatrując się w ekran.
- Jack? – szepnęła w końcu. – To niemożliwe. Nie on... nie on...
- A my nic nie mogliśmy zrobić – mężczyzna, który nagle wydał się Trino nieco podobny do Ghosta – a może to był Ghost - walnął pięścią w stół.
- A mi się wydaje, że jednak mogliśmy – warknęła Czarna Królowa. – Dlaczego nie wyciągnęliście go tak jak mnie? A jak wy wyszliście?
- Ich prawdziwe ciała przez cały czas znajdowały się tam – wyjaśnił Sparks, machnąwszy ręką w kierunku rzędu groźnie wyglądających foteli, przypominających nieco te dentystyczne. – A ich umysły, najprościej mówiąc, podłączyłem do matriksa. Potem wystarczy uzyskać odpowiednie połączenie...
- Więc dlaczego nie ma tam ciała Jacka? – Trino czuła, że z każdym słowem Sparksa rozumie coraz mniej.
- Bo on... jakby ci to... – Morfeusz poskrobał się po głowie. – On był integralną częścią systemu.
- Chcesz powiedzieć, że...
- ...był programem? Tak.
Pozdrawiam
Trino
co-jest-prawda 2006-03-26 15:21:00 skomentuj (2)
Dźwig, pułapka na myszy i zabawa w Alicję
No, wreszcie coś wymęczyłam. Ostrzegam - pod koniec notki wyleje się Wam na głowę spore wiadro lukru...
Dzisiejszą notkę sponsoruje druga zasada dynamiki, zwana także zasadą przyspieszenia:
Jeżeli na ciało działają siły niezrównoważone, to ciało to porusza się ruchem jednostajnie przyspieszonym lub opóźnionym.
Istnieje do tego jakiś wzór, ale nie pamiętam, na co, ani jak on brzmi;D
A oto i notka:
- No dobra, zabawię się w Bruce’a Lee – mruknął nie-federalny siedzący obok Carr i jednym ciosem przerwał łańcuch od kajdanek, tak jak filmowi mistrzowie kung fu, czy czego tam jeszcze, łamią deski.
- Żaden bubek popisujący się w filmach swoją wątpliwą znajomością sztuk walki nie dorasta ci do pięt – uśmiechnęła się kobieta, którą drugi nieznajomy nazwał Niobe. – No, może poza Jackie Chanem... (1)
- Czy możecie mi powiedzieć, dlaczego strażnicy nie robili nam żadnych problemów przy wyjściu, skoro teraz nas gonią? – spytała Carr, wciąż nie mogąc odnaleźć się w nowej sytuacji.
- Po prostu gość zorientował się, że ten papier...
- ...to tak naprawdę świadectwo ukończenia przedszkola? – wyrwało się jej.
- Skąd wiedziałaś? – zdziwił się drugi nie-federalny.
- Szybko się uczę – mruknęła, wspominając rewizję w jej mieszkaniu.
* * *
- Zazwyczaj nie uświadamiamy nikogo, kto nie został wyzwolony. – Jacka nagle zafascynowały fusy, które utkwiły mu pod paznokciem. – Większość jest tak przywiązana do systemu, że jest gotowa go bronić.
- No dobra, przeanalizujmy sytuację. Mówisz, że od urodzenia żyję w świecie iluzji i ułudy, że w jakiś sposób gorąca kawa, którą na ciebie wylałam, nie uczyniła ci żadnej krzywdy, podczas gdy mi robi się wielki, zielony siniak po twoim kopnięciu, i liczysz, że ci uwierzę. Mówisz mi coś o jaskini Platona i o bronieniu systemu – cokolwiek to oznacza – a ja z jakichś niewyjaśnionych przyczyn siedzę tutaj z pustym kubkiem, mój organizm stanowczo domaga się kawy... i nagle uświadamiam sobie, że od zawsze wiedziałam to, co przed chwilą mi powiedziałeś. Ale co to da? Skoro od zawsze jestem więźniem systemu, skąd mam wiedzieć, jak się z niego uwolnić? Mam tak z tym żyć, aż wreszcie zamkną mnie w psychiatryku, gdzie umrę z niedoboru kofeiny w organizmie? I wiem jeszcze, że tu chodzi o coś więcej, ale nie chcesz mi powiedzieć, o co. Niby po co ktoś stworzył ten świat? To nowy sposób unieszkodliwiania jednostek niespełniających jakichś śmiesznych ogólnie przyjętych norm? Eksperyment naukowy?
- Nie mogę ci tego powiedzieć. Nie teraz. Nie ja. Ale mogę ci pomóc w wyzwoleniu się. – Corner pogmerał przez chwilę w kieszeni, po czym wyjął z niej garść piasku, psie ciasteczko, paczkę gumy do żucia i guzik od spodni Winstona Churchilla. Sięgnął do drugiej. Najwyraźniej tym, czego szukał, było małe pudełeczko po cukierkach pudrowych, bo kiedy wyjął je z kieszeni, mruknął coś, co zabrzmiało trochę jak „Nareszcie!”. W środku były dwie podejrzanie wyglądające pigułki – czerwona i niebieska.
* * *
- Weźmiesz czerwoną – sen się skończy, a przygoda zacznie.
- Nie nazwałabym tego przygodą – mruknęła kobieta, z zainteresowaniem przyglądając się pełzającej po ścianie dżdżownicy.
- Niobe, choć raz się zamknij i nie przeszkadzaj – nie-federalny, któremu przerwano Niezwykle Ważną Mowę, wyglądał na zdenerwowanego.
- Nie zapominaj, że mówisz do oficera.
- Pani oficer, choć raz się zamknij i nie przeszkadzaj. Proszę.
- Podczas najbliższego treningu w symulatorze zrobię z ciebie miazgę. I pogadam z kapitanem na temat obniżenia ci pensji za brak szacunku do przełożonych – obiecała pani oficer, po czym się zamknęła.
- O czym to ja mówiłem? Ach, tak: weźmiesz czerwoną – sen się skończy, a przygoda zacznie... i może nawet nauczysz się tej fajnej sztuczki, którą zaprezentował dziś nasz przyjaciel, którego imienia do tej pory nie umiem wymówić...
- Dźagannatha, do usług – przedstawił się mężczyzna.
- Zwany także Dźwigiem. Natomiast, jeśli weźmiesz niebieską...
- Dźwigiem? – niedowierzała Carr.
- Jak na ironię, to ostatnio takie modne, nadawanie imion po maszynach. Znałem kiedyś dwóch braci... jak im było... Czołg i Buldożer (2). Jak już mówiłem, jeżeli weźmiesz niebieską...
* * *
- ...obudzisz się w swoim własnym łóżku i do końca życia będziesz się zastanawiać, czy tamta pluskiewka w twoim oku to sen, rzeczywistość, czy ani jedno, ani drugie.
* * *
- To ostateczny wybór, po nim nie ma odwrotu.
- Chłopaki, coś mi tu nie pasuje...
* * *
- A jeśli wezmę obie?
- Dobre pytanie. Nie wiem. Jeszcze nikt tego nie zrobił.
- Zawsze musi być ten pierwszy raz, co nie? Dobra, to najpierw czerwona...
Z chwilą, kiedy matrix powiedział umysłowi Czarnej Królowej, że iluzja jej przełyku brutalnie wepchnęła iluzję pigułki do iluzji żołądka, powiedział także, że iluzje mięśni skurczyły się i rozkurczyły, przybierając nieco inny kształt (który, oczywiście, był iluzją), co spowodowało iluzję potwornego bólu, natomiast iluzje kości wydały iluzyjne chrupnięcie...
Iluzja ręki Jacka Cornera wyrwała z iluzji kieszeni iluzję rewolweru.
Matrix uznał, że to wystarczy i przekazał umysłowi Trino, że wszystko wróciło do poprzedniego stanu. Postanowił, że atak z drugiej strony będzie właściwszy i mniej skomplikowany. Należałoby też zająć się tymi drugimi...
- W ostatniej chwili – szepnął Jack, opuszczając rewolwer. Amelia nie spuszczała wzroku z broni.
- Co ty...
- Niczego nie pamiętasz, prawda?
- Chyba żartujesz. Dzięki Nietzschemu zaliczyłam ostatnią sesję.
- Ech... - mężczyzna przewrócił oczyma.
- Żartowałam. Pytał o Sokratesa. Czego niby nie pamiętam?
- Przemiany.
- Khe?
* * *
- A mianowicie? – zainteresował się Dźwig.
- Od kiedy to dżdżownice pełzają po ścianach? I od kiedy to nagle znikają w połowie wysokości, by zaraz pojawić się tuż nad podłogą?
- Myślisz, że...
- ...to było...
- Tak jest.
- Łożesz.
* * *
Łup. Łup. Łup.
- Niech to kaczor kopnie – warknął Jack, zrywając się z fotela. – Agenci.
- Gęś – poprawiła go Trino.
- No tak, przecież ty nie wiesz, co za jakieś pięć lat wydarzy się w Polsce...
Łup.
- Khe?
Bams.
- Później ci powiem. Teraz do piwnicy.
* * *
- Co się dzieje? – spytała Carr.
Dźwig rozsunął zasłony, demonstrując reszcie solidny ceglany mur.
- To trzeci wariant pułapki na myszy Jasia. Zamiast deseczki możemy użyć tego oto muru (3).
- Głową muru nie przebijesz – stwierdził sentencjonalnie drugi nie-federalny.
- Nie ma rady, musimy ją odesłać i spróbować ratować własne tyłki – stwierdziła Niobe. – Nie przedostaniemy się z nią do Jacka.
- Ja tam nigdy mu nie ufałem – naburmuszył się Dźwig. – Nigdy nie wierz dentyście. I w dodatku...
- Jack to okulista – poprawiła go kobieta. – Wybacz Carr, nie wypaliło. Mam nadzieję, że zdążymy jeszcze się spotkać.
* * *
Carr otworzyła oczy. Pierwszą rzeczą, jaką ujrzała, był monitor.
- Znowu zasnęłam przy komputerze – mruknęła z niezadowoleniem. Sięgnęła po stojący obok jej łokcia kubek z herbatą (cała kawa zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach w dniu najazdu Czarnej Królowej). Oczywiście, była zimna. Wygłosiwszy pod nosem kilka niepochlebnych epitetów pod adresem wspólniczki, poczłapała do kuchni w poszukiwaniu czajnika i przynajmniej śladowych ilości upragnionych fusów.
Może ta miłośniczka kofeiny coś rozsypała?
Niestety, nie. Jeśli nie liczyć pieprzu, którym kawy raczej zastąpić się nie da.
Ostatecznie, została jeszcze jakaś rozpuszczalna, której – dzięki Niebiosom – Amelia nie ruszała.
* * *
- To jest Morfeusz, to Ghost, a to, jak wiecie, jest Trino. Wytłumaczcie jej, dlaczego nie można wziąć obu pigułek, a ja postaram się ich zatrzymać na jakiś czas.
- Nie możemy cię o to prosić – mężczyzna przedstawiony Amelii jako Ghost spojrzał w oczy Cornerowi.
- Nie prosicie mnie. Jestem masochistą albo samobójcą, w zależności od tego, czy mam dzisiaj szczęście.
- Jack... o czym wy mówicie? – Trino nie nadążała za konwersacją.
- Oni ci wszystko wytłumaczą. Do zobaczenia albo żegnaj, w zależności od tego, czy mam dzisiaj szczęście. Na wszelki wypadek, gdybym jednak nie miał... przepraszam, ale to i tak tylko iluzja – mruknął, po czym powtórzył swój bezczelny postępek sprzed lat. Jednym słowem, pocałował Czarną Królową. (4)
- Dostałbyś, ale z reguły nie biję psychicznych – stwierdziła Amelia, kiedy Corner podbiegał do wyjścia, gotowy Zginąć W Imię Sprawy Bądź W Obronie Damy Swego Serca.
- Może jednak mam dzisiaj szczęście – rzucił, nim zamknął za sobą drzwi i Podążył Na Spotkanie Swego Przeznaczenia.
- Wybrałaś już pigułkę? – spytał Morfeusz.
- Chciałam wziąć obie...
- To by cię zabiło.
- ...ale zdążyłam połknąć tylko czerwoną. Zabiło?
- Nie od razu, ale ostatecznie tak. Ciekawość zaspokojona?
- A skąd ta pewność? Ktoś próbował?
- Tak.
- No to w porządku. Ale wzięłam czerwoną i jakoś nie czuję się wyzwolona...
- Ta pigułka to program tropiący, który ma za zadanie cię zlokalizować. Cierpliwości, Trino. Niedługo zrozumiesz. Ghost, jest sygnał?
- Prawie. Możesz ją sadzać.
Morfeusz wskazał Amelii stary fotel dentystyczny (brrr!) stojący między jakąś dziwną aparaturą a sporym lustrem. Dziewczyna usiadła ostrożnie, jakby się bała, że mebel zrobi jej coś złego. Kiedy Morfeusz podłączał ją do aparatury, tafla lustra nieznacznie zafalowała (5).
- Co to było? – Trino szturchnęła palcem taflę, która w niewyjaśniony sposób oblepiła jej paznokieć i zaczęła przechodzić dalej, pokrywając ciało dziewczyny gęstą, lustrzaną mazią.
- Druga strona lustra czeka na ciebie – uśmiechnął się Morfeusz. – Tylko spokojnie. Ghost?
- Jest! – odparł mężczyzna.
- Sugerujesz, że mam się zabawić w Alicję? – z ciekawością przyjrzała się swojej pokrytej warstwą zwierciadła dłoni.
- Mniej więcej – przytaknął Morfeusz.
- No dobra – postanowiła. – Jak już, to już – i zanurzyła głowę w chłodnej tafli.
1) Jackie jest taki słodki... mruuuu.
2) Mnie osobiście szlag trafia, kiedy ktoś tak nazywa Tanka i Dozera - nie wiem, jak Was. Tę zbrodnię popełniłam z premedytacją i na użytek notki. Więcej to się nie powtórzy, obiecuję.
3) To dosyć stary dowcip, ale żeby nie było, że nie wiadomo, o co chodzi:
Pani w szkole kazała dzieciom zbudować pułapkę na myszy. Następnego dnia prosi Jasia o przedstawienie swojej. Jaś prezentuje wszystkim deseczkę, z której sterczy gwóźdź, na który nabity jest kawałek sera.
- Jak to działa, Jasiu? – pyta pani.
- Myszka spokojnie zjada serek, a gwóźdź przebija jej gardziołko – odparł Jaś.
- Ależ to zbyt makabryczne, Jasiu! Na jutro przyniesiesz inną pułapkę.
Następnego dnia Jaś demonstruje swój wynalazek – znów deseczkę, z której sterczy gwóźdź. Tym razem serek leży po obu stronach gwoździa.
- Jak to działa, Jasiu?
- Myszka kręci główką, zastanawiając się, który serek zjeść najpierw, a gwóźdź przebija jej gardziołko – tłumaczy Jaś.
Ale i ta wersja nie podobała się nauczycielce, która kazała Jasiowi przynieść inną propozycję na następny dzień. Tym razem Jaś wyjmuje z plecaka samą deseczkę.
- Jak to działa, Jasiu?
- Myszka okłada się deseczką po główce i piszczy: „Nie ma serka! Nie ma serka!”.
4) Ale wyszło drętwooooo...:D
5) Scena wyzwolenia niemal żywcem wzięta z „Matriksa”. Niestety, na całą trylogię widzimy tylko jedną taką scenę, więc trudno określić, czy zawsze odbywa się to w ten sam sposób.
Pozdrawiam
Trino
co-jest-prawda 2006-01-22 20:12:11 skomentuj (6)
O definicji rzeczywistości, ubranych na czarno nie-federalnych i nauce tańców latynoamerykańskich
Tak, wiem, długo niczego nie pisałam, a dzisiejsza notka nie jest najlepsza. Ale zawsze coś, co nie?:D
Dzisiejszą notkę sponsoruje pierwsza zasada dynamiki zwana także zasadą bezwładności:
Jeżeli na ciało nie działa żadna siła, bądź działające na nie siły są zrównoważone, to ciało pozostaje w spoczynku bądź porusza się ruchem jednostajnym prostoliniowym.
Na wyjaśnienie dodam, że najbliższe notki będą sponsorowane przez kolejnych dziewięć zasad dynamiki, których treść będziecie poznawać na bieżąco. Postarajcie się przetrzymać pierwsze trzy, a dalej będzie już z górki.
Notkę czas zacząć.
- Ma być rozpuszczalna, czy sypana? – spytał Jack, rozkoszując się zniecierpliwieniem na twarzy Czarnej Królowej.
- Żartujesz? Rozpuszczalną jadłabym zamiast płatków na śniadanie, gdyby te aromatyzowane granulki nie zasługiwały na swoją nazwę i się nie rozpuszczały w mleku...
- Rozumiem – odparł Corner z uśmiechem, wsypując trzy łyżeczki fusów do kubka przyjaciółki.
Kiedy kawa była już gotowa, oboje usiedli naprzeciwko siebie w małym, przytulnym salonie. Po chwili milczenia Trino powiedziała:
- Ładnie tu masz.
- Sam urządzałem – stwierdził z dumą lekarz.
- A dałabym głowę, że była w tym kobieca ręka... – mruknęła Amelia, uśmiechając się łobuzersko. – Czyżby jakaś osoba płci przeciwnej ci w tym pomagała?
- No... właściwie tak.
- Wiedziałam! – tryumfowała Trino. – Wreszcie sobie kogoś znalazłeś!
- Moja mama pomogła mi dobrać kolor ścian – wyjaśnił mężczyzna.
Czarną Królową po prostu zatkało.
- Czyli nikogo nie masz? – spytała.
- Ale przecież mieliśmy mówić o matriksie – zmienił temat Jack. Czarna Królowa uśmiechnęła się w duchu. Udało jej się nakierować go na właściwe tory tak, żeby nawet tego nie zauważył.
* * *
Carr nadal nie mogła w to uwierzyć. Jeszcze nie tak dawno tkwiła w areszcie, odliczając czas, jaki pozostał do rozpoczęcia procesu, a teraz siedziała w samochodzie w towarzystwie trzech ubranych na czarno osób, co do których była pewna tylko jednego – nie byli z federalnych.
To wszystko było po prostu niewiarygodne – dwóch mężczyzn w garniturach weszło do jej celi i, zanim zdołała wykrztusić choć słowo, skuło ją kajdankami. Jeden z nich mruknął cicho coś w stylu: „Spokojnie, Carr, wyciągamy cię stąd”, po czym obaj chwycili ją za ramiona i zaprowadzili do wyjścia. Drugi mężczyzna podsunął strażnikowi jakiś papier, mówiąc: „Zabieramy ją na przesłuchanie”. Ten kiwnął głową, otwierając przed nimi drzwi. Po chwili byli już przed budynkiem. Dwaj nieznajomi pociągnęli Carr w stronę stojącego nieopodal samochodu.
- Co wy za jedni? – spytała zdezorientowana dziewczyna, podczas gdy jeden z nich otwierał tylnie drzwi, a drugi już usadawiał się na miejscu obok kierowcy.
- Zaraz ci wyjaśnimy – wyjaśnił pierwszy, wpychając ją do środka i wskakując za nią. – Gazu, Niobe! Już powinni się skapnąć!
Niezależnie od tego, o czym mówił nieznajomy, musiała to być prawda – od strony więzienia nadbiegało z pół tuzina uzbrojonych po zęby mężczyzn w dziwnych uniformach. Siedząca za kierownicą kobieta (Carr szczerze by się zdziwiła, gdyby ta nie była ubrana na czarno) kopnęła w pedał gazu.
- Dobra, rozkuwamy ją – zdecydował facet siedzący obok Corinne.
- To ją rozkuj – odparł drugi.
- Ej, przecież to ty miałeś kluczyki?
- Ja? Gdzie tam!
Carr jęknęła.
* * *
- Obawiam się, że nie będę umiał dobrze tego wytłumaczyć, ale mimo to spróbuję. Trino, matrix to jaskinia Platona. To świat Trumana (1), może nawet świat Zofii Admusen albo samsara. Od zarania dziejów pewne szczególne jednostki zdają sobie sprawę z istnienia matriksa, ale ich argumenty są traktowane jako „ciekawe, acz nierealne teorie” bądź „banialuki”. Same jednostki kończą jako tematy na lekcje i wykłady, Buddowie albo pacjenci szpitali psychiatrycznych. Co prawda nie powinienem ci tego mówić, ale ty jesteś na tyle szalona – jak na normy tego świata, oczywiście – że chyba będziesz w stanie przyjąć to do wiadomości przed wyzwoleniem. Trin, matrix to świat, w którym żyjemy. Świat złudzeń i iluzji.
- Mówisz, że... – szepnęła Amelia, odstawiając filiżankę na spodek.
- ...że to, co teraz pijesz, nie jest prawdziwą kawą.
- A czym, do kury nędzy?! Chyba wiem, jak smakuje kawa?
- Właśnie próbuję ci wytłumaczyć, że tak naprawdę nigdy nie piłaś kawy.
- Do dziesięciu tysięcy wirusów ptasiej grypy...
- I tak naprawdę nigdy cię nie pocałowałem. To była tylko iluzja, w którą uwierzył twój umysł.
Trino zrobiła minę, jakby nad czymś się zastanawiała. Chwyciła filiżankę z resztką kawy. Przez chwilę wyglądała, jakby się wahała, ale w końcu przechyliła naczynie i wylała płyn na Jacka.
- Jeżeli to iluzja, nie powinno cię to boleć – mruknęła.
- Może się zdziwisz, ale mnie to nie boli – odparł ze smutnym uśmiechem, palcami wyczesując z włosów fusy.
- Ale przecież... au! – jęknęła, kiedy Corner kopnął ją w piszczel.
- Bolało? – spytał.
- Pewnie!
- Nie, tak ci się tylko wydawało.
- Jak to może być iluzja? Przecież to rzeczywiste – nie dawała się przekonać.
- Zdefiniuj rzeczywistość.
Zapadła niezręczna cisza.
- ...aha – mruknęła po chwili Czarna Królowa. – Chyba kumam cza-czę.
________________
1) Aluzja do „The Truman show”
Pozdrawiam
Trino
co-jest-prawda 2005-11-22 17:22:58 skomentuj (4)
Stary znajomy, buziak dla bohatera i trzy puszki kawy
Amelia obudziła się z potwornym bólem oczu. Nagle uświadomiła sobie, że najwyraźniej jej niechęć do noszenia okularów niedawno pogłębiła jej wadę o kolejne pół dioptrii... jeśli nie więcej. Porażona tym faktem, błyskawicznie włożyła na siebie pierwsze lepsze spodnie, koszulkę na chybił trafił wyciągniętą z szafy, skarpetki nie do pary, wysłużone glany oraz zbroję całej jej odwagi, przełknęła coś w biegu, wręcz wyskoczyła z mieszkania i skierowała się w stronę miejsca z jej snów – tych najbardziej koszmarnych – czyli domu obdarzonego szyldem „OPTYK OKULISTA”, po drodze niemal wpadając na latarnię, co tylko wzmogło jej determinację.
Ostatni raz odwiedziła to miejsce prawie trzy lata temu. Wtedy dojście zajęło jej dobre pół godziny. Tym razem motywacja była tak silna, że drogę pokonała w tempie szybkiego spaceru, więc po dziesięciu minutach była już na miejscu. Walcząc z lękiem, zapukała do drzwi. Otworzył jej na oko dwudziestopięcioletni szatyn o bystrych, piwnych oczach i wadzie wzroku równej zero zarówno w prawym, jak i lewym oku. Nazywał się Corner, Jack Corner i był człowiekiem, o którym Trino myślała, że zna go na wylot, dopóki jakieś sześć lat temu nie spróbował jej pocałować. Gdyby nie to, że Czarna Królowa była wtedy w ciężkim szoku spowodowanym tą zachcianką, zapewne oberwałby w łeb czymś ciężkim.
- Amelia! Czy mnie wzrok nie myli?! – uśmiechnął się na widok znajomej.
- Ciebie nie – mruknęła dziewczyna.
- Mogłem się domyślić, że tylko problemy z oczami są w stanie nakłonić cię do odwiedzenia mnie.
- Dobra, obiecuję, że w sobotę wproszę się do ciebie na herbatkę.
- Dobrze, że mnie uprzedzasz, bo mam w domu tylko trzy puszki kawy – uśmiechnął się zawadiacko.
- Widzę, że za dobrze mnie znasz, żeby nabrać się na herbatkę – uśmiechnęła się Trino, uświadamiając sobie, że w tym przystojnym, czarującym i eleganckim mężczyźnie wciąż tkwi tamten niechlujny luzak, z którym tak się zaprzyjaźniła.
***
Uśmiech spełzł jej z twarzy, kiedy Jack oznajmił, że wada jej prawego oka osiągnęła wartość minus trzy i pół.
- Trzeba było nosić okulary – stwierdził tonem przedszkolanki strofującej dziecko, które usiłowało jak najbardziej odwlec wyprawę do wygódki i nieco przeceniło możliwości swojego pęcherza.
- Soczewki? – spytała dziewczyna, patrząc na niego błagalnie.
- Skoro tak bardzo bolą cię oczy, powinnaś wybrać okulary – rzekł surowo.
- Nigdy wcześniej mnie tak nie bolały – jęknęła, czując, że przegrywa.
- No dobra, siadaj przy tym narzędziu tortur, zobaczymy, co ci dolega – westchnął Jack, machnąwszy ręką w stronę jakiegoś nieznanego Amelii urządzenia.
***
- Auć! – wrzasnęła Trino, gdy włączona przez Cornera aparatura skierowała strumień światła prosto w jej oko.
- Boli? – spytał mężczyzna.
- Cholernie – warknęła.
- Dziwne... – mruknął.
- Czuję, jakby coś wpijało mi jakiś szpikulec w oko... tylko że od środka...
- Spróbuj trochę pomrugać...
***
- O, kura!
- Co? W moim oku?!
- Nie, to przecież nasz sposób, żeby nie mówić...
- Wiem, baranku. To co takiego tam zobaczyłeś?
- To wygląda, jakby w twoim oku zamieszkał jakiś robal...
- Że CO?!
- ...tylko że mechaniczny.
- O, kurczaku...
- ...na parze gotowany...
- ...i reszto zdrowego jedzenia.
- Zaczekaj, chwilkę, Ameliuś... postaram się to wyciągnąć.
- Jasne. Mogę panikować?
- To wysoce niewskazane.
- Rozumiem, panie doktorze.
***
- Uff, chyba się udało - odetchnął z ulgą po paru minutach. - To przez to ustrojstwo gorzej widziałaś. Tak naprawdę nadal masz po minus dwa... ale się pogłębi, jeśli nie zaczniesz nosić okularów albo soczewek. – Jack wziął w dwa palce dopiero co wydobyte z organu patrzącego Czarnej Królowej indywiduum i przyjrzał mu się uważnie.
- Zbawco! Pójdź w me ramiona! – wrzasnęła dziewczyna, uszczęśliwiona faktem, że oto znalazł się prawdziwy mężczyzna, który pomógł niewieście w potrzebie. – Dzięki! Dzięki! Mój bohaterze!
- Tak sobie myślę, Trinuś... znajdzie się buziaczek dla bohatera? – spytał zbawca, upojony tym nagłym wybuchem czułości.
- Niech ci będzie – zadecydowała dziewczyna, dając mu przyjacielskiego buziaka w policzek.
- Tylko tyle? – spytał, zawiedziony.
- Zaraz, zaraz, Jack...
- No dobrze, rozumiem... nie mam co się łudzić.
- Nie o to chodzi... jak mnie przez chwilą nazwałeś?
Corner, Jack Corner, zrobił minę świadczącą o rozpoczęciu procesu intensywnego myślenia.
- Chyba zaczynało się na „T”... – podpowiedziała dziewczyna. – Wiesz, to taka literka... jedna kreska pionowa... i na tej kresce leży druga, pozioma...
- Co jest dalej? – spytał mężczyzna, którego wyraz twarzy zmienił się z zamyślonego na przerażony z szybkością, jaką zmieniają się światła na skrzyżowaniu.
- Ooooch, nie jestem pewna, ale chyba „R” i „I”...
- O, matko... wsypałem się – jęknął.
- Skąd wiesz o tym pseudonimie? – spytała napastliwym tonem.
- Wiesz, czym jest matrix? – odpowiedział pytaniem z innej beczki.
- A co ma piernik do wiatraka?!
- Mąkę, Czarna Królowo. Mąkę. Sama to wymyśliłaś.
- Czarna...?!
- Daj mi skończyć. Wszystko ci wyjaśnię. Może kawy?
- Chętnie.
- Mleko, cukier?
- Nie, dziękuję.
- Zaczekaj chwilę, zaraz zrobię.
- Mówiłeś, że ile masz tych puszek?
Pozdrawiam
Trino
co-jest-prawda 2005-07-25 11:26:26 skomentuj (7)